Wyciskacz czasu – za mało minut, za dużo pomysłów
Miał to być prosty timer.
Serio. Taki zwykły, z jednym przyciskiem „Start” i ewentualnie jakimś niewinnym „Reset”. Bo przecież Pomodoro to prosta metoda: 25 minut pracy, 5 minut przerwy, po czterech takich rundach dłuższa przerwa. Czego tu nie ogarniać?
– Zrobię sobie apkę – pomyślałem. – Będzie ładna, minimalistyczna i w ogóle nie będę jej rozbudowywał.
To był pierwszy kłamca w tej historii.
Bo gdy tylko timer się pojawił na ekranie, mózg wykonał to, co potrafi najlepiej:
„A gdyby tak…? Przecież poszło tak łatwo. Dorzućmy jeszcze…”
Dorzućmy zadania?
No bo jak to tak, odliczać czas „na niczym”?
– Timer bez zadań to jak kawa bez kofeiny – niby jest, ale po co? – stwierdziłem, chyba na głos.
Więc dodałem zadania. Taki prosty TODO-list, żadnej filozofii.
Po dłuższej chwili patrzę na to i myślę:
– No nie. Przecież nie wrzucę wszystkiego do jednego wora.
I tak narodziły się obszary. Bo życie to nie tylko praca. Są jeszcze inne przyjemności… A potem się obudziłem. Miałem napisać “są też przyjemności”. Dom, rodzina, stolarz upominający się o trzecią czterocyfrową transzę…
Obszary z kolei potrzebowały projektów, bo „Zrobić aplikację” i „Posprzątać garaż” w jednej kolumnie wyglądały jak żart, ale taki trochę… z tych bolesnych.
A jak już są projekty, to wiadomo – przydałyby się jeszcze zadania, podzadania, a potem przydałoby się jeszcze mieć gdzie się ukryć przed spojrzeniem żony. Fakt, obiecałem, że wyniosę te śmieci. Ale nie mówiłem, że w tym tygodniu. A tak w ogóle to powiedziałem tylko -mhm między jednym promptem a drugim…
I w ten sposób z prostego timera zrobiła się mała aplikacja do zarządzania życiem, która nadal udawała, że jest „lekka i minimalistyczna”.
Faza „jeszcze jedno okienko, przysięgam”
Tu wchodzi na scenę mój ulubiony stan: prawie skończone.
– To już tylko kosmetyka – mówiłem sobie jakieś jedenaście razy z rzędu.
Najpierw kosmetyką było dodanie statystyk. Bo jak to tak, pracować i nie widzieć wykresów? Przecież bez wykresu mózg nie wie, że coś zrobił.
Potem doszły dźwięki. Bo cisza jest dobra, ale jak timer się kończy, to jednak fajnie byłoby wiedzieć, że się skończył, a nie odrywać się od roboty żeby zerknąć czy przypadkiem już nie zaczęła się przerwa. W końcu istnieje ryzyko, że skończyłoby się na Pepperze. I cały misterny plan…no wiesz. A do tego wydany hajs.
No to jeszcze dźwięki skupienia. Bo można działać w ciszy, ale po co? I żeby nie było nudno, musiał być wybór: deszcz, kawiarnia, coś szumiącego. – Tak delikatnie, żeby nie wkurzało, ale jednak niech człowiek czuje, że jest profesjonalnie skupiony – tłumaczyłem sobie, szukając plików z odgłosem deszczu numer 27, bo poprzednie 26 „miały za dużo góry”.
Potem rozkręciło się na dobre:
– Skoro są statystyki, to przydałoby się, żeby zapamiętywało ukończone sesje.
– Skoro zapamiętuje, to fajnie byłoby wiedzieć, ile robię dziennie.
– Skoro wiem, ile robię dziennie, to można dorzucić tydzień.
– A jak jest tydzień, to wykres miesiąca już sam pcha się do projektu, żeby nie było mu przykro.
I tak oto „prosty timer” wciągnął mnie w klasyczny projektowy paradoks: im bardziej ma pomagać ogarniać czas, tym więcej czasu zabiera, zanim powstanie.
A co, jak wszystko szlag trafi?
W pewnym momencie wjechała myśl z kategorii „nocne lęki programisty”:
– A co, jak user (czytaj: ja) straci wszystkie dane?
Bo człowiek jest sprytny tylko do momentu, aż przypadkiem odinstaluje aplikację, zmieni telefon, zrobi wipe’a, albo – i to mój faworyt – sam coś popsuje w kodzie i zapisze stan nie tak, jak trzeba.
Tak powstała kopia zapasowa.
No bo skoro ludzi dzieli się na tych, którzy robią backupy i takich, którzy będą je robić, to dajmy im chociaż taką możliwość. No to daliśmy. Tyle tylko, że zaraz potem mózg się odezwał:
– A może by to zaszyfrować?
– Po co?
– No jak to po co, brzmi poważnie. Bo to w końcu twoje projekty. Same pomysły warte miliony. Co, nie wierzysz? Dlatego ja wymyśliłem tą aplikację.
Więc jest szyfrowanie. Klucze, hasła, AES, cały ten kryptograficzny balet – tylko po to, żebyś mógł spać spokojnie, wiedząc, że lista twoich zadań „umyć okna” i „zadzwonić do dentysty” jest bezpieczna jak tajny plan CIA.
Najtrudniejsza część: nazwa
Kod można poprawić, UI można przemalować, dźwięki podmienić.
Ale nazwę? Toż to już prawie tatuaż.
Była więc faza „YourTimePro” – trochę jak nazwa aplikacji, która już istnieje, ale jeszcze o tym nie wiesz. Brzmiało poprawnie, ale jakoś tak… korporacyjnie. Zbyt grzecznie jak na apkę, w której człowiek realnie próbuje wycisnąć z dnia coś więcej niż wczorajszą kolację.
Przyszedł więc moment, w którym trzeba było nazwać rzeczy po imieniu.
I tak narodził się „Wyciskacz czasu”.
Bo właśnie to ta aplikacja robi: bierze ten rozlazły, lejący się, rozproszony czas i przepuszcza go przez wyciskarkę Pomodoro, zadań i projektów. Co zostaje na sitku, to twoje „zrobione”. Twoje sukcesy.
Czy to nazwa trochę agresywna? -Tak. Ale nie gryzie.
Czy pasuje do momentów, kiedy próbujesz skończyć projekt, a życie rzuca ci kłody, prąd znika, internet się buntuje, a ty masz tylko 25 minut na skupienie? -Też tak.
Po co to wszystko?
Czy „Wyciskacz czasu” rozwiąże wszystkie twoje problemy z produktywnością?
Nie.
Nie wyłączy za ciebie wifi, nie przeszkoli za ciebie stażysty.
Ale sprawi, że zaczniesz kończyć zadania. Widzieć efekt, widzieć postęp, a może nawet szybciej zasypiać. Bez natłoku myśli i wyrzutów sumienia, że jutro w robocie to już naprawdę musisz to ruszyć, bo jak nie, to ciebie w końcu ruszą.
W praktyce wygląda to tak:
– Odpalasz aplikację.
– Wybierasz zadanie z listy, przydzielasz do sesji.
– Naciskasz „Start”.
– I przez te 25 minut „kiedyś” zamienia się na „właśnie teraz”.
A ja, zamiast zrobić prosty timer w weekend, skończyłem z aplikacją, która ma obszary, projekty, podzadania, statystyki, macierze, backupy, dźwięki, a nawet opcję jedzenia żaby. Tzn, jeszcze nie skończyłem…:D